[ Pobierz całość w formacie PDF ]

– Weź się w garść, Sabrino – powiedział.
– Co takiego? – Uniosła głowę i popatrzyła na niego z niedo-
wierzaniem. – Charley, jestem adoptowana, a ta kobieta ukry-
wała przede mną prawdę. Co to niby ma znaczyć: weź się w
garść?
– Tyle że to nie koniec świata. To nawet nie jest przestępstwo.
– A może powinno się to tak traktować!
Usiłowała się uwolnić, ale trzymał ją mocno. Wyrywała się, co
go jeszcze bardziej podniecało.
– Uspokój się – rzucił ostro. – Kiedy się wiercisz, nie mogę
mówić.
– Wcale nie chcę, żebyś mówił! – Zaczęła szarpać się jeszcze
mocniej. – Zdradziłeś mnie, Charley. Czy już nikomu nie mogę
ufać?
Zdesperowany Charley przewrócił ją na plecy i przygwoździł
własnym ciałem. Ujrzał, że na jej twarzy pojawiło się zdumie-
nie.
W chwilę potem odwróciła głowę. Nagle zdał sobie sprawę, że
jedna z jej dłoni jest zaciśnięta, zupełnie jak gdyby Sabrina coś
w niej ukrywała. Nie zamierzał dociekać co. Niech sobie za-
95
chowa swój sekret. On miał dosyć jak na jeden wieczór.
– Sabrino – zaczął spokojnie – sam jestem sierotą, więc nie
opowiadaj mi, że czujesz się zawiedziona, ponieważ adoptowała
cię jedna z najbogatszych kobiet w tym kraju.
Sabrina poderwała głowę i spojrzała na niego.
– Naprawdę?! – wykrzyknęła. – Och, Charłey! Czy adoptowali
cię chociaż jacyś mili ludzie?
– Nikt mnie nie adoptował – odparł ponuro. – Spędziłem ten
czas w sierocińcu i kilku rodzinach zastępczych.
– A więc wiesz, co ja czuję – wyszeptała. – Jednak mamy ze
sobą coś wspólnego!
– Czyś ty oszalała? Dorastałaś otoczona luksusem, masz matkę,
która cię uwielbia, a ja wciąż przebywałem wśród obcych.
– Ale...
– Nie ma żadnych ale, Sabrino. Jesteś wariatką, nie umiesz do-
cenić dobrodziejstw zesłanych przez los.
– Jakich dobrodziejstw?
– Masz miłość Lucretii, jej pieniądze. Do diabła! – Puścił ją i
usiadł. Nagle zauważył, że zsunęło się prześcieradło. Pośpiesz-
nie chwycił je i przykrył się nim dokładnie.
– Ale ona...
– Tak, wiem, Lucretia może okazywać swą miłość w niewła-
ściwy sposób – powiedział. – No i co z tego? Jeśli się nad tym
zastanowić, to część jej uroku.
– Sądzisz, że ona w ogóle ma urok? – Sabrina oparła się na łok-
ciu. Drugą ręką niedbale zsunęła prześcieradło i dotknęła na-
giego uda Charleya.
– Och, tak! – wykrztusił. – To znaczy, chodzi mi o to, że ma
pewien urok...
Kiedy wypowiadał ostatnie słowo, jej wędrująca ręka wreszcie
znalazła to, czego szukała.
– A więc chcesz mi powiedzieć...? – zamruczała z zadowole-
96
niem.
– Żebyś przestała narzekać i realnie oceniła... swoją... matkę...
– Nikt oprócz ciebie nie zwracał się do mnie w ten sposób –
westchnęła. – Może i masz rację.
Charley oblizał spieczone wargi i usiłował myśleć o honorze,
obowiązkach i Kansas City. Sabrina natomiast nie przestawała
go pieścić.
– Chyba pójdę za twoją radą – oznajmiła. – Przestanę narzekać
i... uwiodę cię, Charleyu Lawrensie.
Zamknął oczy i pomodlił się o to, by opatrzność zesłała mu siłę
woli.
– Nie jestem przygotowany – wyjąkał. – Nie możemy, bo ja nie
mogę... Nie mam... niczego, a nigdy... Sabrina, przestań! Nigdy
bym... Gdybym mógł...
– Kochany Charley. Otwórz oczy.
– Słucham?
– Powiedziałam, żebyś zerknął na to, co przypadkowo mam
przy sobie.
Z wysiłkiem otworzył oczy, a Sabrina powoli rozwarła palce.
Na jej drobnej dłoni leżał mały pakiecik, nie pozostawiający
wątpliwości co do intencji, z jakimi tu przyszła. Ona sama wy-
glądała przy tym na tak niewinną, że tego rodzaju premedytacja
nigdy nie przyszłaby mu do głowy.
Zanurzył dłonie w jej miękkich włosach i przysunął twarz do jej
twarzy.
– Sabrino, jesteś naprawdę stuknięta – wyszeptał. – Ale co z
tego? Czuję, jak mnie też ogarnia szaleństwo.
– Charley, za dużo mówisz – odparła i nadstawiła twarz do po-
całunku.
Choć Sabrina dobrze wiedziała, czego pragnie, przychodząc do
niego nocą odziana jedynie w kusą koszulkę, teraz z radością
pozwoliła mu przejąć inicjatywę.
97
Mój Boże, pomyślała leniwie. Charley jest pełen siły! Kto by
przypuszczał, że pod tą spokojną powierzchownością, tymi
zwodniczymi okularami, czai się tygrys?
– Sabrina?
Usłyszała napięcie w głosie mężczyzny. Uśmiechnęła się do
niego.
– Tak, Charley? – Przeciągnęła palcami po jego zmierzwionych
włosach.
– To... – miał kłopoty ze sformułowaniem zdania – to... między
nami... niczego nie zmienia. Nie może.
– Charley, kochanie. – Znów odszukała to, co chciała znaleźć. –
To wszystko zmienia.
– Sabrina...
Musiał jednak dojść do wniosku, że ma rację. Przestał mówić i
przeszedł do czynów.
Jakiś czas później Sabrina leżała wyczerpana w łóżku Charleya i
wpatrywała się w wentylator na suficie. W oknie cienkie zasło-
ny drżały Od delikatnych podmuchów wiatru.
Pomyślała, że czuje się podobnie jak one. Miała świadomość
własnej kruchości, zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Ofia-
rowała Charleyowi wszystko, zaś on przyjął to, a sam dał jej
jeszcze więcej.
Odwróciła głowę i popatrzyła na niego. Leżał obok niej i osła-
niał oczy przedramieniem, jak gdyby nie chciał dopuścić do
tego, by magia prysła. Uśmiechnęła się. Oczywiście, istniała
możliwość, że nie chciał stanąć twarzą w twarz z tym, co się [ Pobierz caÅ‚ość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • ewagotuje.htw.pl
  • Copyright © 2016 WiedziaÅ‚a, że to nieÅ‚adnie tak nienawidzić rodziców, ale nie mogÅ‚a siÄ™ powstrzymać.
    Design: Solitaire